BLOG

Witam, mam na imię Hubert.

16 czerwca 2017 roku, między godziną 6 a 7 rano, gdzieś pod Skarżyskiem, zawalił mi się świat. Mój piękny, pełen planów, nadziei……świat.
– Boże! Co to za trzask?! Huk?! Boże! Nogi, moje nogi !!! Nie czuję ich!!! Piotrek! Piotrek! Co się stało?
– Nie wiem, zasnąłem, wypadek, Hubert, trzymaj się, karetka już jedzie.
– Piotrek, ale to My jesteśmy w karetce, ja nic nie czuję……

#

Kilka godzin? Nie wiem – później…:
Szpital, znowu to miejsce, byłem tu często, przywoziłem chorych. Teraz… ja tu leżę. Ból, o Boże, jak boli! Plecy, moje plecy…pomóżcie mi!
Pełno znajomych twarzy, biegają, pomagają, robią co mogą – a ja nóg nie czuję.
Muszę zadzwonić. Ale do kogo najpierw? Do Moni, mojej dziewczyny.
– Halo? Kicia, był wypadek…
– o Boże, Hubert, kochanie, co się stało, o Boże! Hubert…
– Nie płacz, Monia, żyję, tylko nóg nie czuję, kocham Cię…
Teraz zadzwonię do Taty.
– Halo? Tato, jest problem…
– Tak, synu?
– Miałem wypadek, żyję, ale nie czuję nóg.
– Synu, spokojnie, będzie dobrze.
– Tato, proszę, zadzwoń do mamy.
A jednak zadzwonię sam.
– Mamo?
– Synu, to Ty?
– Tak Mamo. Miałem wypadek, proszę, nie płacz…

#

Chyba inny szpital… budzę się, trochę nie pamiętam, skąd się tu wziąłem i nagle słyszę:
– Szybko, szybko, uraz kręgosłupa, ratownik, miał wypadek w karetce!
Nagle podchodzi pielęgniarka:
– Panie Hubercie, proszę telefon, mama prosiła, żeby Pan zadzwonił przed operacją.
– Mamo, widzę tylko sufit, mam uraz kręgosłupa, nie będę chodził.
– Będziesz synu chodził – słyszę. Leż spokojnie, już jedziemy do Ciebie.
– Mamo, jest Monia?
– Tak.
– Monia, kochanie moje…
Tego samego dnia…
Otwieram oczy, sala, chyba pooperacyjna. Są rodzice, moja kochana dziewczyna i siostra. Znowu chyba zasnąłem.
Gdy się obudziłem, oni nadal tu są. Kochani!
W myślach proszę, żeby nie płakali, ale ku mojemu zdziwieniu to ja zaczynam beczeć. Próbuję się tłumaczyć:
– Tato, nie chciałem, byłem zmęczony, poszedłem…
– Spokojnie synu, odpoczywaj, będziemy cały czas z Tobą, śpij.

#

OIOM
Ciągle pikają maszyny, cały czas ktoś ze mną jest.
Monia! Boże! Chciałbym Cię przytulić, ale nie mogę. Ręce odmawiają mi posłuszeństwa…
…A ona mnie głaszcze, to takie miłe… Wszystko mi podaje, opiekuje się mną.
Siostra… kurde, nie zawsze chciałem ja widzieć, ale dzisiaj…”Fajnie, że jesteś”. I rodzice… próbują nie płakać, ale widzę, że im trudno i ciężko, jednak dają radę.

#

Kolejne dni…
Gorączka, ból, żal do Piotrka, do Boga…Dlaczego JA??? Piotrek!!! Dlaczego usnąłeś???

#

Pożegnanie z OIOM-em
Dzisiaj super dzień!
– Panie Hubercie, przechodzi Pan na oddział.
Myślę sobie będzie fajnie, lepiej.
Niestety, gorączka trzyma, nogi nie słuchają, jest źle.
A moi najbliżsi są na zawołanie. Pomagają, wspierają…
A ja myślę, co to będzie dalej? Tata – chory kręgosłup, nie może dźwigać, Mama ma guza w mózgu… A siostra zaraz idzie na studia. Monia do pracy i co ze mną?
Nadal nic nie czuję, nogi…chyba odpadły, nawet ich nie widzę, bo leżę płasko.

#

Czas na zmiany – „Repty”
Przywieźli mnie tutaj, żebym zaczął rehabilitację, a tu znowu gorączka, antybiotyki, załamanie choroby, duszność… o Jezu, chyba umrę, saturacja spada, lekarze robią, co mogą…
No, wreszcie trochę lepiej, oddycham – to już jest lepiej.

#

Dyżurni
Kolejne dni upływają na niczym, masa kroplówek, leków.
Dzisiaj dyżur przy mnie ma siostra. Zawsze myślałem, że to mało przydatna istota, a dzisiaj?
– Brat, trzymaj się.
Wiem, że jest źle, bo w badaniach jeszcze wyszło, ze mam chore serce.
Kurczę, jaki paradoks, najprawdopodobniej po tańcu, a moja partnerka taneczna też chora – ma raka i teraz już żadne z nas nie może tańczyć.

#

Od dzisiaj Monia jest ze mną. O Boże, jak ona się mną zajmuje. Jednak moje myśli są straszne:
– Co dalej? Co z nami będzie? Damy radę? Wytrzymamy?

#

Dzisiaj dyżur przyszedł pełnić dziadek z kuzynem. Dziękuję Wam!

#

Dni mijają…
Mój pracodawca nie zajrzał i nie zadzwonił do mnie. Nie zauważył mojej nieobecności. Nie zapytał, jak się czuję, jakie są rokowania. Wiem od Mamy, że był w tym szpitalu i nawet nie zajrzał. Trochę to smutne.
A kolega Piotr? Nawet nie przyjechał, nie zapytał jak się mam, nie posiedział koło mnie. Zaliczył wszystkie egzaminy i skończył studia, chodzi i jest szczęśliwy.
A ja?…Patrzę na wózek koło łóżka, na moich bliskich, którzy dwoją się i troją żeby mi pomagać.
Boję się przyszłości.
Ale będę walczył.
Będę ćwiczył.
Nie zawiodę Was

 

22.09.2017

Witam.

Minęło 3 miesiące od wypadku,ciągle to samo – sala,łóżko,personel.

Nadal przebywam w G.C.R w Tarnowskich Górach. Codziennie uczęszczam na bardzo intensywną rehabilitację,niestety osiągnięć zbyt dużych nie ma,wymagam pomocy osób trzecich.Sam się nie ubiorę ani nie usiądę na wózek.Skazany jestem na pomoc.

Niedługo zaczyna się rok akademicki,miałem zaczynać magisterkę,niestety jest to niemożliwe.Patrzę na wpisy na FB moich znajomych gdzie szykują się na studia i szlak mnie trafia.Moja pasja związana z byciem ratownikiem runęła w gruzach.Gdy jestem sam,godzinami siedzę przy oknie i obserwuję pracę ratowników,to moje marzenie nigdy już się nie spełni.Nie mam siły samemu przesadzić się z łóżka na wózek a co tu mówić – pracować.

 Moja rodzina i dziewczyna nadal stają na wysokości zadania,przyjeżdżają,pomagają,chociaż jest to coraz gorzej zorganizować,ale i tak jestem Im wdzięczny za to że są,że poświęcają wszystko dla mnie.Również jestem wdzięczny Wszystkim którzy wspierają Mnie finansowo i duchowo. Nie mogę podziękować  każdemu z osobna ale pamiętam o Wszystkich. 

18,10,2017

16 października minęło cztery miesiące od wypadku.Nadal przebywam w GCR w Tarnowskich Górach. Codziennie chodzę na rehabilitację,nie jest łatwo,ból i zmęczenie nieraz przekracza moje możliwości ale mam dla kogo walczyć. Moja Monia jest cały czas ze mną,wspiera mnie na każdym kroku,chodzi ze mną na zabiegi,na rehabilitację,pomaga mi we wszystkim co mi daje dużo trudności.W piątek gdy przyjechali rodzice po mnie autem przesiadłem się sam z wózka do auta,jest to wielki wyczyn dla osoby jeżdżącej na wózku ale staram się robić coraz więcej takich rzeczy.Pani Doktor która mnie prowadzi przedłużyła mi jeszcze pobyt bo twierdzi że jestem jedną z niewielu osób które robią takie postępy,również twierdzi że jestem dobrym aniołem dla tych którzy tu trafiają i są załamani i zrezygnowani tak jak ja cztery miesiące temu.Teraz też mi nie jest łatwo,ale chcę żyć i walczyć.Warto,warto jeszcze coś zrobić i przeżyć coś ciekawego.Obecnie korzystamy z Monią z ładnej pogody,jeździmy autobusami do miasta,super że jest możliwość jeżdżenia ludziom takim jak ja na wózkach,że autobusy są przystosowane w platformy.Kierowcy zawsze pomagają wsiąść.                                            Nadal ludzie dobrej woli wpłacają dla mnie pieniądze,dziękuję Wszystkim,korzystam z tych pieniędzy regularnie,kupuje leki,rzeczy do potrzeb medycznych,niestety innych źródeł dochodu nie mam ponieważ nadal mój szef nie wypłacił mi pieniędzy ,nie odebrał mojego zwolnienia co utrudniło wypłatę pieniędzy z ZUS-u. Teraz zajęli się tym rodzice,pozgłaszali do różnych instytucji i jest ścigany.Jak można nawet nie zadzwonić do pracownika? Ja mu naprawiałem auta,tankowałem karetki z własnych pieniędzy bo nie miał na paliwo a On nawet nie zapytał czy żyję? mam żal wielki do mojego szefa.                                                                                                    Cierpię nieraz dużo,bolą zabiegi,bolą zajęcia na siłowni ale warto.          Trzymajcie za mnie kciuki,za trud i wysiłek a ja postaram się żyć i coś jeszcze osiągnąć. 

 

23,10,2017

 

Kolejny tydzień niespodzianek,jestem na studiach,nie jest to Ratownictwo Medyczne,moja pasja,ale poszedłem na Logistykę.Rodzice mnie wożą,co też jest utrudnieniem dla nich,ale stają na wysokości zadania. Wczoraj jak była mama u mnie to cały czas sam się przesiadałem z wózka do auta,i z auta na wózek,raz tylko mi pomogła Monia. Jest to bardzo duży wysiłek fizyczny dla moich mięśni ,ponieważ pracuje ich tylko jedna  czwarta. Ale staram się nad tym pracować. Ćwiczę ile mogę. Teraz nie mogę się doczekać na zajęcia z basenu,zawsze lubiłem chodzić, nie będzie to też takie proste ale muszę ćwiczyć,każdy najmniejszy mięsień,żeby chociaż trochę się usamodzielnić kiedyś w przyszłości.Pozdrawiam Wszystkich Którzy tu zaglądają i śledzą moją historię.                                                                                                                                                       30,10,2017                                                                                                                                                                                                                                 Wczoraj byłem na wykładach na swojej uczelni.No trochę nudno,tęsknię za ratownictwem,zawsze coś się działo,praktyki ,zajęcia w salach edukacyjnych,a tu tylko mówią i mówią. 12 godzin to trochę dużo,plecy nie wytrzymują,ale nie chcę opuszczać zajęć. Po zajęciach mama przywiozła mnie do domu,o jak ja tu rzadko zaglądam,nie ma wjazdu i muszą mnie tu wciągać a lekki nie jestem.Ale i tak miło tu zajrzeć,tęsknię za tym kiedy chodziłem,mamie narąbał bym drzewa,naprzynosił węgla a tak to musi sama i to z tą Swoją chorobą gdzie dźwigać  nie może,tacie bym pomógł przy aucie ale niestety tylko wspomnienia zostały. Teraz już jadę znowu do GCR, i od rana to samo,rehabilitacja,badania,leki i monotonnia.Ale na szczęście jedzie ze mną moja Monia,jakie to szczęście że ja Ją mam.

 

02,11,2017

Wczoraj Wszystkich Świętych,no niestety nie mogłem pojechać bo przepustkę wykorzystałem na pojechanie na studia. Trochę tak smutno mi było,wszyscy prawdopodobnie pytali o mnie jak się czuję,co słychać? Fajnie że ludzie pytają,że ich interesuje moja historia,nie jest zaciekawa ale żyję i nikt nie musiał świeczki zapalać w tym roku na moim grobie a było blisko na tamten świat.                                                

13,11,2017                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                          W domu.                                                                                                                                                                          14,11,2017                                                                                                                                                                                                                               Od dzisiaj zacząłem batalię z urzędami.Dzięki mojemu byłemu pracodawcy    nie dostałem nawet złotówki z ZUS-u,ponieważ nie napisał protokołu powypadkowego do dnia dzisiejszego,tylko chyba mi zostało podziękować Panu Krysińskiemu Grzegorzowi za zainteresowanie pracownikiem ,co się dzieje od czerwca. Mam nadzieję że pan Grzegorz dobrze sobie żyje i ma na wszystko pieniądze,bo ja niestety nie,utrzymują mnie rodzice  .Stos recept jaki dostałem ze szpitala tylko przekazałem rodzicom,niestety mama pracuje ponad siły żeby jakoś związać koniec z końcem,a ponadto guz w głowie daje znać coraz bardziej o sobie. Też kupuje leki i też jeździ do Warszawy do kliniki.  Ale mimo przeciwności losu i tak się cieszę że jestem w domu.Razem damy radę przejść przez to wszystko.  

11,12,2017

Niedługo mija pół roku od wypadku, niestety diagnozy są wciąż takie same – nie będzie Pan chodził,musi się Pan rehabilitować.  Po wyjściu ze szpitala sprzedałem swoją ciężarówkę,ponieważ już nigdy nie będę mógł jej naprawiać,nawet do niej nie wejdę,i zamieniłem na auto osobowe. Oddałem do przerobienia dla niepełnosprawnych i wreszcie po pół roku zacząłem jeździć sam autem.O boże jak miło było pojechać z moja narzeczoną nad morze.Spełniliśmy swoje wakacyjne marzenia-Sopot.Sam jeżdżę na rehabilitację,czym trochę odciążyłem narzeczoną i rodziców.Wiele wizyt u lekarzy specjalistów i nie wszystkie pozytywne,ale trzeba było się z tym liczyć,ponieważ to był naprawdę bardzo duży uraz.